3 stycznia 2016

Rozdział pierwszy

Vivienne Keller siedziała w wygodnym fotelu samochodu swojej matki, trzymając chude dłonie na kolanach. Twarz zwróconą miała w stronę bocznej szyby, przyglądała się mijanemu krajobrazowi. Tak dawno nie widziała gór, które od zawsze tak bardzo kochała. Uśmiechnęła się wspominając jak Killian uczył ją jazdy na nartach. Nie wyszło tak jak oboje by chcieli, ale przynajmniej bawili się fantastycznie. Przejechała dłonią po szybie. Po dwóch latach wracała do domu, do kochanej ojczyzny. Cieszyła się jak szalona, ale z drugiej strony okropnie się bała. Przez te dwa lata kontakt z przyjacielem miała ograniczony do niezbędnego minimum, czasami nie odzywali się do siebie kilka miesięcy. Bała się, że o niej zapomniał i nie będzie chciał już z nią rozmawiać. Przecież ostatnio napisał jej życzenia urodzinowe, na dodatek spóźnione, a było to pół roku temu. Może zrobił to tylko z grzeczności, a tak naprawdę nie chciał mieć już nic wspólnego z Vivienne? Z jego małą Vivienne.
Obiecał, że nigdy nie zapomni, że ich przyjaźń przetrwa wszystko. Tak naprawdę w tamtym momencie nie miała pojęcia czy nadal była ważną osobą w życiu Peiera.
- Zawieść cię do niego? – podskoczyła na fotelu, słysząc słowa rodzicielki.
Spojrzała na kobietę i przez chwilę nic nie mówiła, zastanawiając się. W pewnym sensie musiała walczyć z samą sobą.
- Nie – westchnęła w końcu i założyła niesforny blond kosmyk za lewe ucho. – Chcę najpierw przywitać się z domem.
- W porządku – odpowiedziała zrezygnowana szatynka po czterdziestce i wbiła wzrok w ulicę przed sobą.
Resztę drogi nie odzywały się do siebie. Vivienne nadal chłonęła piękno Szwajcarii, bijąc się przy tym z myślami. Wiedziała, że to była kompletna głupota, nie powinna zaprzątać sobie głowy tymi sprawami. Co miała jednak poradzić na to, że tęsknota i strach nią rządziły? Nie mogła przestać zastanawiać się co u niego. Czy był szczęśliwy, miał kogoś i czy wreszcie zaprzyjaźnił się z kimś innym. Vi nie lubiła się nim dzielić, ale nie raz mówiła, że powinien znaleźć sobie jakiegoś przyjaciela płci męskiej.
Gdy tylko zjawiła się pod swoim domem, poczuła znajome ciepło, które wypełniało ją od środka. Kochała to miejsce, nigdy nie chciała mieszkać w innym miejscu. Wzięła głęboki oddech, powietrze było dużo czystsze niż te w północnej części Niemiec. Rozejrzała się dookoła, okolica prawie w ogóle się nie zmieniła, wszystko wyglądało praktycznie tak samo jak w dniu, w którym wyjeżdżała.
- Witamy ponownie – obok niej zjawiła się jej matka i objęła ją ramieniem. – Tęskniłaś?
Nie odpowiedziała, jedynie skinęła głową i uniosła kąciki ust ku górze. Kiedy tylko znalazła się w domu, poczuła szczęście, które ostatnio wciąż ją omijało. Miło było poczuć coś innego niż bezsilność, cierpienie lub strach. Weszła do swojego pokoju, wszystko wyglądało tak samo jak tamtego feralnego dnia. Do ręki wzięła stojącą na szafce nocnej ramkę ze zdjęciem, które przedstawiało dwójkę małych dzieci. Westchnęła, wszystko przypominało jej o Killianie. Z każdą minutą coraz bardziej chciała znaleźć się pod jego domem, a później w jego ramionach, słysząc, że tęsknił i wszystko będzie już dobrze. Jednak czuła jakąś blokadę, nie potrafiła tak po prostu wsiąść w samochód i do niego pojechać, jakby nic się nie stało. Stało się i to naprawdę dużo.
Usiadła na łóżku i przymknęła powieki, spod których zaczęły lecieć łzy. Nienawidziła tego, że była taka słaba. Nie potrafiła poradzić sobie z niektórymi emocjami. Czuła ucisk w klatce piersiowej i wylewała łzy.

~*~

- Masz walczyć, rozumiesz? – Killian złapał Vivienne za ramiona i spojrzał w błękitne tęczówki. – Nie wolno ci się poddać. Jesteś silna i dasz radę.
Mówił, ale ona wydawała się nie rozumieć jego słów. Nie słuchała go, patrzyła na niego i wiedziała, że to mógł być ostatni raz, kiedy się widzą.
Nie masz racji, pomyślała, nie jestem silna.
Jego ciemne oczy zaszkliły się. Nigdy nie płakał. Vi po raz pierwszy widziała go w takim stanie i była pewna, że nie chciała tego powtarzać. Zawsze był twardy. Nawet, gdy złamał rękę w pierwszej klasie. Trzymał się dzielnie, bo dopóki miał obok swoją blond przyjaciółkę, wiedział, że wszystko będzie dobrze. Teraz miała mu uciec, chociaż nie chciała tego. Nie miała wyboru, chciała żyć i pewnego dnia bawić się na jego weselu.
- Nie dam rady – rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Dasz! Musisz! Jesteś Vivienne Keller i nigdy się nie poddajesz, walczysz do końca – przytulił ją do siebie, przeklinając się w myślach, że też musiał płakać. – Nie przyjmuję innej informacji do wiadomości. Vi, będzie dobrze – szepnął do jej ucha.
- Obiecaj mi, że jeśli umrę, nie zrobisz niczego głupiego – odsunęła się od niego, a brunet rozszerzył oczy i zacisnął dłonie w pięści.
- Nie umrzesz! – krzyknął, przerażając tym samym samego siebie jak i przyjaciółkę. – Nie umrzesz, wrócisz. Nie waż się nawet tak myśleć, rozumiesz?

~*~

Po raz czternasty w miesiącu wybierał do niej numer i po raz czternasty nie zdecydował się zadzwonić. Ostatnio, kiedy rozmawiali była bardzo słaba, a on bał się, że teraz mogło być jeszcze gorzej. Schował komórkę do kieszeni spodni i zszedł do kuchni, gdzie zastał swojego młodszego brata. Elliott stał przy lodówce i pił sok pomarańczowy prosto z kartonu. Killian skrzywił się na ten widok.
- Nie możesz nalać do szklanki? – podszedł do niego i wyrwał mu z rąk napój. – Inni też może chcieliby się napić.
- Co z tego? – zaśmiał się. – Co taki naburmuszony chodzisz ostatnio, co? Czepiasz się każdego – oparł się o blat i spojrzał na dwudziestolatka. – Co u Vivienne?
- Nie wiem – poczuł ucisk, słysząc jej imię.
 Nie miał pojęcia co u niej było, bał się zadzwonić. Czuł jakąś wewnętrzną blokadę. Do tego ostatnio pisał do niej w styczniu, kilka dni po jej urodzinach wysłał życzenia. To nie tak, że zapomniał, po prostu nie był do końca przekonany, czy powinien. Nie był pewny, czy nadal mu wolno. Wszystko się zmieniło przez dwa lata. Przecież wszystko miało zostać takie samo, a teraz czuł się jakby osuwał mu grunt pod nogami.
- Nie wiesz? – osiemnastolatek uniósł brwi. – Przecież się przyjaźnicie.
- Sam już nie wiem czy się przyjaźnimy – westchnął. – Nie widziałem jej dwa lata.
Okrążył kuchnię kilkakrotnie, aż w końcu zdecydował, że nie może siedzieć i zadręczać się głupimi myślami. Wyszedł z domu i wsiadł do swojego samochodu. Ruszył w stronę domu przyjaciela, tylko on w pewnym sensie rozumiał go i wspierał. Chociaż Killian wiedział, że Luca znów mu powie, że powinien zadzwonić do przyjaciółki, wolał jego towarzystwo. Mógł mu się wygadać i liczyć na jakąś sensowną radę. Wiedział, że prawdopodobnie Egloff właśnie spędzał czas z dziewczyną, ale nie mógł już dłużej wytrzymać. Siedzenie w domu całkowicie go przytłaczało. Kiedy podjechał pod dom państwa Egloff, zauważył wychodzącą z domu Celine. Czyli trafił na idealny moment. Wysiadł i przywitawszy się z dziewczyną Luci, podszedł do drzwi. Zapukał nerwowo, a chwilę później siedział już w pokoju przyjaciela bezwładnie rozkładając ręce.
- Nie wiem co mam robić – powiedział, kiedy skończył mówić.
- Znasz moje zdanie – blondyn spojrzał na niego uważnie. – Zadzwoń.
- Nie mogę… Żebyś słyszał wtedy jej głos. Ledwo mówiła, a ja czułem jak serce mi pękało. Co jeśli teraz jest jeszcze gorzej? Nie przeżyję tego – schował twarz w dłoniach.
- Co jeśli teraz jest lepiej? – poczuł dłoń przyjaciela na ramieniu. – Wariujesz, nie wiedząc co z nią. Pozostało ci jedno.
- Nie rozumiesz, Luca. Nie zniósł bym tego, że jest źle, tak mogę przynajmniej karmić się nadzieją, że z nią w porządku.
- Gdyby było źle, powiedzieliby ci przecież – podszedł do okna i oparł się o parapet. – Od kilku miesięcy żyjesz tylko tą sprawą, musisz odpuścić.
- Jak? – podniósł się. – Nie mogę, nie mogę zapomnieć o niej, nie mogę zapomnieć o mojej małej Vivienne.
- Twoje myśli przez dwadzieścia cztery godziny na dobę krążą wokół niej. To obsesja
To obsesja.
Luca miał rację, Killian zauważył to wracając do domu. Miał obsesję na punkcie Vivienne. Cholernie się o nią bał, a niewiedza na temat jej stanu zdrowia przerażała go. Przerażało go także to, że okazał się tchórzem. Tyle razy miał do niej zadzwonić lub chociażby wysłać głupiego SMSa, ale nie zrobił tego. Dlaczego? Bo się bał. Może nawet nie tyle tego, że było z nią źle, ale tego, że skreśliła go ze swojego życia.

~*~

Położyła się na hamaku w celu odświeżenia swojego umysłu. Przez poprzednie dwa lata nie zdarzało jej się wyjść bez nadzoru osób trzecich. Teraz znów była wolna, a na dodatek znów miała swoje podwórko. W każdym z kątów tego miejsca kryły się wspomnienia. W większości szczęśliwe, w większości z panem Peierem. Czułam ukłucia w klatce piersiowej, kiedy myślała, że całkowicie wymazał ją ze swojego życia. Przecież zawsze byli przy sobie, mogli na siebie liczyć. Już pierwszego dnia w przedszkolu zaprzyjaźnili się i obiecali sobie, że tak zostanie. Teraz miało wszystko się zepsuć? Właściwie nie, to już dawno się zepsuło. Ludzie wciąż powtarzają, że przyjaźnie z dzieciństwa są najtrwalsze, ale co jeśli tak nie jest? Drogi Vivienne Keller i Killiana Peiera rozeszły się.
- Vivienne, zimno już – usłyszała głos rodzicielki i niechętnie zeszła z hamaka.
Przez rozmyślanie nie zauważyła, że zrobiło się zimno i ciemno. Nie czuła chłodu, nie czuła właściwie nic, prócz bólu serca. Mieli być nierozłączni, mieli już do końca życia być przyjaciółmi, a działo się źle. Znów pomyślała, że powinna zadzwonić i chociażby oznajmić go, że wróciła i jest zdrowa. Killian z przeszłości cieszyłby się i od razu zabrałby ją w góry. Ciągnąłby ją przez połowę drogi z powodu braku kondycji, a później siedzieliby i po prostu cieszyli się swoją obecnością.
Kiedy już leżała w łóżku, znów w jej dłoni znalazł się telefon i znów chciała zadzwonić. Nie zrobiła tego po raz kolejny.

~*~

Leżał w łóżku wpatrując się w sufit. Jego myśli znów zaczęły krążyć wokół przyjaciółki, nie mógł wybaczyć sobie, że od początku nie starał się bardziej. Powinien ją wspierać, a nie skupiać się na skakaniu. Chociaż w pewnym sensie to właśnie skakanie pomagało mu w odsuwaniu swoich myśli od Vivienne. W ostatnim czasie jednak wszystko się mieszało ze sobą. Myśli i wspomnienia o Vivienne oraz jego życie codzienne, skoki, studia. Nie nadawał się do współżycia, a wszystkie dziewczyny, które próbowały go poderwać szybko rezygnowały, widząc, że Killian jest przez większość czasu nieobecny.
Zacisnął powieki. Nie mógł już dłużej tak się zachowywać, wiedział, że był nie do zniesienia.

~*~

- Zabiję go. Obiecuję, że ten chłoptaś już jutro będzie chodził bez zębów – zacisnął dłoń w pięść, siadając na trawie za domem przyjaciółki. Blondynka leżała na hamaku, a spod zamkniętych powiek, wypływały jej łzy.
- Daj spokój – powiedziała, łamiącym się głosem. – Mogę cię o coś spytać?
- No, dawaj.
- Czy to dziwne, że... To znaczy…  zawahała się na chwilę.  Czy to dziwne, że mam siedemnaście lat i nie spałam z nikim? – zapytała, a Peier zaczął kasłać.
- Rozumiem, że zgłupiałaś? – spojrzał na nią. – Przecież ja też jeszcze…
- No tak, ale…  zaczęła, ale Killian jej przerwał.
- To, że masz szacunek do siebie i swojego ciała, że masz zasady i nie sypiasz z połową szkoły, wcale nie znaczy, że jesteś dziwna.
- Może ja powinnam się zgodzić? – wstała jak oparzona.
- I co jeszcze? Może to sfilmować? Daj spokój, to zwykły palant.
Vivienne uśmiechnęła się szeroko i starła łzy z twarzy. Usiadła na trawie obok bruneta i zaczęli się wygłupiać, a chwilę później na jej policzkach znów pojawiły się łzy. Tym razem szczęścia.


***
 O Matulu.
Takiego odzewu pod prologiem się nie spodziewałam, naprawdę. Cieszę się, że spodobało Wam się. Miałam taki problem, że prawie do samego końca nie potrafiłam zdecydować się na wersję ostateczną prologu. W takim razie, chyba wybrałam dobrze?
Dzisiaj przychodzę do Was z rozdziałem pierwszym, który ostatecznie wydłużyłam o wspomnienia. Podoba mi się, wiecie? Miałam go dodać dopiero w poniedziałek, ale ludzie... nie macie nawet pojęcia jak mnie kusiło od kilku dni, żeby zrobić to wcześniej! Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)
Całuję :*
czytasz = komentujesz
komentarze motywują mnie do dalszego pisania