Vivienne Keller siedziała w
wygodnym fotelu samochodu swojej matki, trzymając chude dłonie na kolanach.
Twarz zwróconą miała w stronę bocznej szyby, przyglądała się mijanemu
krajobrazowi. Tak dawno nie widziała gór, które od zawsze tak bardzo kochała.
Uśmiechnęła się wspominając jak Killian uczył ją jazdy na nartach. Nie wyszło
tak jak oboje by chcieli, ale przynajmniej bawili się fantastycznie.
Przejechała dłonią po szybie. Po dwóch latach wracała do domu, do kochanej
ojczyzny. Cieszyła się jak szalona, ale z drugiej strony okropnie się bała.
Przez te dwa lata kontakt z przyjacielem miała ograniczony do niezbędnego
minimum, czasami nie odzywali się do siebie kilka miesięcy. Bała się, że o niej
zapomniał i nie będzie chciał już z nią rozmawiać. Przecież ostatnio napisał
jej życzenia urodzinowe, na dodatek spóźnione, a było to pół roku temu. Może
zrobił to tylko z grzeczności, a tak naprawdę nie chciał mieć już nic wspólnego
z Vivienne? Z jego małą Vivienne.
Obiecał, że nigdy nie zapomni, że
ich przyjaźń przetrwa wszystko. Tak naprawdę w tamtym momencie nie miała
pojęcia czy nadal była ważną osobą w życiu Peiera.
- Zawieść cię do niego? –
podskoczyła na fotelu, słysząc słowa rodzicielki.
Spojrzała na kobietę i przez
chwilę nic nie mówiła, zastanawiając się. W pewnym sensie musiała walczyć z
samą sobą.
- Nie – westchnęła w końcu i
założyła niesforny blond kosmyk za lewe ucho. – Chcę najpierw przywitać się z
domem.
- W porządku – odpowiedziała
zrezygnowana szatynka po czterdziestce i wbiła wzrok w ulicę przed sobą.
Resztę drogi nie odzywały się do
siebie. Vivienne nadal chłonęła piękno Szwajcarii, bijąc się przy tym z
myślami. Wiedziała, że to była kompletna głupota, nie powinna zaprzątać sobie
głowy tymi sprawami. Co miała jednak poradzić na to, że tęsknota i strach nią
rządziły? Nie mogła przestać zastanawiać się co u niego. Czy był szczęśliwy,
miał kogoś i czy wreszcie zaprzyjaźnił się z kimś innym. Vi nie lubiła się nim
dzielić, ale nie raz mówiła, że powinien znaleźć sobie jakiegoś przyjaciela
płci męskiej.
Gdy tylko zjawiła się pod swoim
domem, poczuła znajome ciepło, które wypełniało ją od środka. Kochała to
miejsce, nigdy nie chciała mieszkać w innym miejscu. Wzięła głęboki oddech,
powietrze było dużo czystsze niż te w północnej części Niemiec. Rozejrzała się
dookoła, okolica prawie w ogóle się nie zmieniła, wszystko wyglądało praktycznie
tak samo jak w dniu, w którym wyjeżdżała.
- Witamy ponownie – obok niej
zjawiła się jej matka i objęła ją ramieniem. – Tęskniłaś?
Nie odpowiedziała, jedynie
skinęła głową i uniosła kąciki ust ku górze. Kiedy tylko znalazła się w domu,
poczuła szczęście, które ostatnio wciąż ją omijało. Miło było poczuć coś innego
niż bezsilność, cierpienie lub strach. Weszła do swojego pokoju, wszystko
wyglądało tak samo jak tamtego feralnego dnia. Do ręki wzięła stojącą na szafce
nocnej ramkę ze zdjęciem, które przedstawiało dwójkę małych dzieci. Westchnęła,
wszystko przypominało jej o Killianie. Z każdą minutą coraz bardziej chciała znaleźć
się pod jego domem, a później w jego ramionach, słysząc, że tęsknił i wszystko
będzie już dobrze. Jednak czuła jakąś blokadę, nie potrafiła tak po prostu
wsiąść w samochód i do niego pojechać, jakby nic się nie stało. Stało się i to
naprawdę dużo.
Usiadła na łóżku i przymknęła
powieki, spod których zaczęły lecieć łzy. Nienawidziła tego, że była taka
słaba. Nie potrafiła poradzić sobie z niektórymi emocjami. Czuła ucisk w klatce
piersiowej i wylewała łzy.
~*~
- Masz walczyć, rozumiesz? – Killian złapał Vivienne za ramiona i
spojrzał w błękitne tęczówki. – Nie wolno ci się poddać. Jesteś silna i dasz
radę.
Mówił, ale ona wydawała się nie rozumieć jego słów. Nie słuchała go,
patrzyła na niego i wiedziała, że to mógł być ostatni raz, kiedy się widzą.
Nie masz racji, pomyślała, nie jestem silna.
Jego ciemne oczy zaszkliły się. Nigdy nie płakał. Vi po raz pierwszy
widziała go w takim stanie i była pewna, że nie chciała tego powtarzać. Zawsze
był twardy. Nawet, gdy złamał rękę w pierwszej klasie. Trzymał się dzielnie, bo
dopóki miał obok swoją blond przyjaciółkę, wiedział, że wszystko będzie dobrze.
Teraz miała mu uciec, chociaż nie chciała tego. Nie miała wyboru, chciała żyć i
pewnego dnia bawić się na jego weselu.
- Nie dam rady – rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Dasz! Musisz! Jesteś Vivienne Keller i nigdy się nie poddajesz,
walczysz do końca – przytulił ją do siebie, przeklinając się w myślach, że też
musiał płakać. – Nie przyjmuję innej informacji do wiadomości. Vi, będzie
dobrze – szepnął do jej ucha.
- Obiecaj mi, że jeśli umrę, nie zrobisz niczego głupiego – odsunęła
się od niego, a brunet rozszerzył oczy i zacisnął dłonie w pięści.
- Nie umrzesz! – krzyknął, przerażając tym samym samego siebie jak i
przyjaciółkę. – Nie umrzesz, wrócisz. Nie waż się nawet tak myśleć, rozumiesz?
~*~
Po raz czternasty w miesiącu
wybierał do niej numer i po raz czternasty nie zdecydował się zadzwonić.
Ostatnio, kiedy rozmawiali była bardzo słaba, a on bał się, że teraz mogło być
jeszcze gorzej. Schował komórkę do kieszeni spodni i zszedł do kuchni, gdzie
zastał swojego młodszego brata. Elliott stał przy lodówce i pił sok
pomarańczowy prosto z kartonu. Killian skrzywił się na ten widok.
- Nie możesz nalać do szklanki? –
podszedł do niego i wyrwał mu z rąk napój. – Inni też może chcieliby się napić.
- Co z tego? – zaśmiał się. – Co
taki naburmuszony chodzisz ostatnio, co? Czepiasz się każdego – oparł się o
blat i spojrzał na dwudziestolatka. – Co u Vivienne?
- Nie wiem – poczuł ucisk,
słysząc jej imię.
Nie miał pojęcia co u niej było, bał się
zadzwonić. Czuł jakąś wewnętrzną blokadę. Do tego ostatnio pisał do niej w
styczniu, kilka dni po jej urodzinach wysłał życzenia. To nie tak, że
zapomniał, po prostu nie był do końca przekonany, czy powinien. Nie był pewny,
czy nadal mu wolno. Wszystko się zmieniło przez dwa lata. Przecież wszystko
miało zostać takie samo, a teraz czuł się jakby osuwał mu grunt pod nogami.
- Nie wiesz? – osiemnastolatek
uniósł brwi. – Przecież się przyjaźnicie.
- Sam już nie wiem czy się
przyjaźnimy – westchnął. – Nie widziałem jej dwa lata.
Okrążył kuchnię kilkakrotnie, aż
w końcu zdecydował, że nie może siedzieć i zadręczać się głupimi myślami.
Wyszedł z domu i wsiadł do swojego samochodu. Ruszył w stronę domu przyjaciela,
tylko on w pewnym sensie rozumiał go i wspierał. Chociaż Killian wiedział, że Luca
znów mu powie, że powinien zadzwonić do przyjaciółki, wolał jego towarzystwo.
Mógł mu się wygadać i liczyć na jakąś sensowną radę. Wiedział, że
prawdopodobnie Egloff właśnie spędzał czas z dziewczyną, ale nie mógł już
dłużej wytrzymać. Siedzenie w domu całkowicie go przytłaczało. Kiedy podjechał
pod dom państwa Egloff, zauważył wychodzącą z domu Celine. Czyli trafił na
idealny moment. Wysiadł i przywitawszy się z dziewczyną Luci, podszedł do
drzwi. Zapukał nerwowo, a chwilę później siedział już w pokoju przyjaciela
bezwładnie rozkładając ręce.
- Nie wiem co mam robić –
powiedział, kiedy skończył mówić.
- Znasz moje zdanie – blondyn
spojrzał na niego uważnie. – Zadzwoń.
- Nie mogę… Żebyś słyszał wtedy
jej głos. Ledwo mówiła, a ja czułem jak serce mi pękało. Co jeśli teraz jest
jeszcze gorzej? Nie przeżyję tego – schował twarz w dłoniach.
- Co jeśli teraz jest lepiej? –
poczuł dłoń przyjaciela na ramieniu. – Wariujesz, nie wiedząc co z nią.
Pozostało ci jedno.
- Nie rozumiesz, Luca. Nie zniósł
bym tego, że jest źle, tak mogę przynajmniej karmić się nadzieją, że z nią w
porządku.
- Gdyby było źle, powiedzieliby
ci przecież – podszedł do okna i oparł się o parapet. – Od kilku miesięcy
żyjesz tylko tą sprawą, musisz odpuścić.
- Jak? – podniósł się. – Nie
mogę, nie mogę zapomnieć o niej, nie mogę zapomnieć o mojej małej Vivienne.
- Twoje myśli przez dwadzieścia
cztery godziny na dobę krążą wokół niej. To obsesja
To obsesja.
Luca miał rację, Killian zauważył
to wracając do domu. Miał obsesję na punkcie Vivienne. Cholernie się o nią bał,
a niewiedza na temat jej stanu zdrowia przerażała go. Przerażało go także to,
że okazał się tchórzem. Tyle razy miał do niej zadzwonić lub chociażby wysłać głupiego
SMSa, ale nie zrobił tego. Dlaczego? Bo się bał. Może nawet nie tyle tego, że
było z nią źle, ale tego, że skreśliła go ze swojego życia.
~*~
Położyła się na hamaku w celu
odświeżenia swojego umysłu. Przez poprzednie dwa lata nie zdarzało jej się
wyjść bez nadzoru osób trzecich. Teraz znów była wolna, a na dodatek znów miała
swoje podwórko. W każdym z kątów tego miejsca kryły się wspomnienia. W
większości szczęśliwe, w większości z panem Peierem. Czułam ukłucia w klatce
piersiowej, kiedy myślała, że całkowicie wymazał ją ze swojego życia. Przecież
zawsze byli przy sobie, mogli na siebie liczyć. Już pierwszego dnia w
przedszkolu zaprzyjaźnili się i obiecali sobie, że tak zostanie. Teraz miało
wszystko się zepsuć? Właściwie nie, to już dawno się zepsuło. Ludzie wciąż
powtarzają, że przyjaźnie z dzieciństwa są najtrwalsze, ale co jeśli tak nie
jest? Drogi Vivienne Keller i Killiana Peiera rozeszły się.
- Vivienne, zimno już – usłyszała
głos rodzicielki i niechętnie zeszła z hamaka.
Przez rozmyślanie nie zauważyła,
że zrobiło się zimno i ciemno. Nie czuła chłodu, nie czuła właściwie nic, prócz
bólu serca. Mieli być nierozłączni, mieli już do końca życia być przyjaciółmi,
a działo się źle. Znów pomyślała, że powinna zadzwonić i chociażby oznajmić go,
że wróciła i jest zdrowa. Killian z przeszłości cieszyłby się i od razu
zabrałby ją w góry. Ciągnąłby ją przez połowę drogi z powodu braku kondycji, a
później siedzieliby i po prostu cieszyli się swoją obecnością.
Kiedy już leżała w łóżku, znów w
jej dłoni znalazł się telefon i znów chciała zadzwonić. Nie zrobiła tego po raz
kolejny.
~*~
Leżał w łóżku wpatrując się w
sufit. Jego myśli znów zaczęły krążyć wokół przyjaciółki, nie mógł wybaczyć
sobie, że od początku nie starał się bardziej. Powinien ją wspierać, a nie
skupiać się na skakaniu. Chociaż w pewnym sensie to właśnie skakanie pomagało
mu w odsuwaniu swoich myśli od Vivienne. W ostatnim czasie jednak wszystko się
mieszało ze sobą. Myśli i wspomnienia o Vivienne oraz jego życie codzienne,
skoki, studia. Nie nadawał się do współżycia, a wszystkie dziewczyny, które
próbowały go poderwać szybko rezygnowały, widząc, że Killian jest przez
większość czasu nieobecny.
Zacisnął powieki. Nie mógł już
dłużej tak się zachowywać, wiedział, że był nie do zniesienia.
~*~
- Zabiję go. Obiecuję, że ten chłoptaś już jutro będzie chodził bez
zębów – zacisnął dłoń w pięść, siadając na trawie za domem przyjaciółki.
Blondynka leżała na hamaku, a spod zamkniętych powiek, wypływały jej łzy.
- Daj spokój – powiedziała, łamiącym się głosem. – Mogę cię o coś
spytać?
- No, dawaj.
- Czy to dziwne, że... To znaczy… – zawahała się na chwilę. – Czy to dziwne, że mam
siedemnaście lat i nie spałam z nikim? – zapytała, a Peier zaczął kasłać.
- Rozumiem, że zgłupiałaś? – spojrzał na nią. – Przecież ja też
jeszcze…
- No tak, ale… – zaczęła, ale Killian jej przerwał.
- To, że masz szacunek do siebie i swojego ciała, że masz zasady i nie
sypiasz z połową szkoły, wcale nie znaczy, że jesteś dziwna.
- Może ja powinnam się zgodzić? – wstała jak oparzona.
- I co jeszcze? Może to sfilmować? Daj spokój, to zwykły palant.
Vivienne uśmiechnęła się szeroko i starła łzy z twarzy. Usiadła na
trawie obok bruneta i zaczęli się wygłupiać, a chwilę później na jej policzkach
znów pojawiły się łzy. Tym razem szczęścia.
***
O Matulu.
Takiego odzewu pod prologiem się nie spodziewałam, naprawdę. Cieszę się, że spodobało Wam się. Miałam taki problem, że prawie do samego końca nie potrafiłam zdecydować się na wersję ostateczną prologu. W takim razie, chyba wybrałam dobrze?
Dzisiaj przychodzę do Was z rozdziałem pierwszym, który ostatecznie wydłużyłam o wspomnienia. Podoba mi się, wiecie? Miałam go dodać dopiero w poniedziałek, ale ludzie... nie macie nawet pojęcia jak mnie kusiło od kilku dni, żeby zrobić to wcześniej! Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)
Całuję :*
Takiego odzewu pod prologiem się nie spodziewałam, naprawdę. Cieszę się, że spodobało Wam się. Miałam taki problem, że prawie do samego końca nie potrafiłam zdecydować się na wersję ostateczną prologu. W takim razie, chyba wybrałam dobrze?
Dzisiaj przychodzę do Was z rozdziałem pierwszym, który ostatecznie wydłużyłam o wspomnienia. Podoba mi się, wiecie? Miałam go dodać dopiero w poniedziałek, ale ludzie... nie macie nawet pojęcia jak mnie kusiło od kilku dni, żeby zrobić to wcześniej! Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)
Całuję :*
czytasz = komentujesz
komentarze motywują mnie do dalszego pisania